czwartek, 14 listopada 2013

CHAPTER TWO

Derek’s POV
            Zamknąłem swoją metalową szafkę i ruszyłem w stronę stołówki. Nienawidziłem chodzić do szkoły. Po prostu. Zjawiałem się tutaj sporadycznie, zaliczyłem jakieś sprawdziany i tyle. Nie podobał mi się też fakt, że nauczyciele porównywali mnie do Jasona, albo  Drewa. Raz twierdzili, że przecież stać mnie na coś więcej, że nie muszę upodabniać się do swojego starszego brata, a drugim razem mówili, że powinienem brać przykład z młodszego kujona. Niech wrzucą na luz. Uważam, że to wiele, iż przychodzę na lekcje.
            Skierowałem się w stronę szkolnej stołówki i szukałem wzrokiem moich przyjaciół. Nie, nie należałem do jakieś grupki „badassów”, noszących postrach wśród uczniów. Przerwy zazwyczaj spędzałem w towarzystwie mojego kumpla Andy’ego i jego dziewczyny Sarah. Jednakże nie zauważyłem ich przy żadnym stoliku.
„Dziwne…” – pomyślałem – „Czyżby zrobili sobie wolne we dwójkę?”
            Rozglądałem się po pomieszczeniu z niezadowoleniem wymalowanym na twarzy. Co za żenada, nie mam koło kogo usiąść. To nie tak, że nikt mnie nie lubił. Sprawa wyglądała inaczej: mnie nie dało się lubić. Nigdy nie udzielałem się w życie szkolne i towarzyskie, nie dbałem o pierdoły jakimi są wybory do samorządu czy bale z okazji Halloween. Ludzie znali mnie jako brata Jasona, Justina czy nawet Drewa. Dokładnie! Młodszy brat był bardziej popularny ode mnie. Nie płakałem z tego powodu, w życiu! Jednak w takich sytuacjach, czułam się jak żałosny samotnik. Zachować się jak zraniona dziewczyna po zerwaniu i spędzić przerwę samemu w jednej z kabin męskiego kibla? Odmawiam.
            Nagle moją uwagę przykuły dwie mijające mnie dziewczyny: blondynka i ruda. Momentalnie oprzytomniałem, uświadamiając sobie, że to ta sama śpiąca królewna spod mojego domu. Te same cudowne włosy i sposób chodzenia. Skręciło mnie w brzuchu. Była oszałamiająca. Gdybym tak kiedykolwiek mógł ponownie usłyszeć jej głos.
- Stary, zamierzasz tak stać tutaj całą przerwę? Przykuwasz spojrzenie – wyrwał mnie z zamyślenia Andy.
- Nie, nie – potrząsnąłem głową. – Ty, szukałem cię! – wycedziłem przez zęby.
- Nie sądzę, stoisz tutaj od jakiś dziesięciu minut – zaśmiał się i ruszył w kierunku Sarah, siedzącej przy stoliku niedaleko okna.
- Długo tam siedzicie? – dogoniłem go.
- Stary, od samego początku przerwy. Zastanawialiśmy się, czemu do nas nie podchodzisz. Stałeś tam jakby kto z ciebie duszę wyciągnął, postanowiłem sprawdzić czy wszystko gra – uśmiechnął się do mnie.
- Tak, wszystko okay. Nie zauważyłem was i najzwyczajniej się zamyśliłem – zapewniłem go.
- Cześć – kiwnąłem do Sarah i zająłem miejsce przy stole. Umierałem z głodu.
- Hej Derek. Jak się masz? – uśmiechnęła się promiennie.
- W porządku.
Zajadałem się zachłannie sałatką i kanapką z tuńczyka, bo to jedyne, co oferowała szkolna stołówka dzisiaj, gdy usłyszałem okrzyki i klaskanie.
            Nie wierzyłem własnym oczom i przecierałem je co najmniej 3 razy. Drew pośrodku stołówki w starciu z jakimś footballerem, którego imienia nie znałem. Co do cholery? Drew nie wdaje się w bójki, nigdy! Zerwałem się z miejsca i pobiegłem, przeciskając się przez tłum nastolatków. Nie wiem co tak fantastycznego było w bijatyce dwóch idiotów. Chcieli pokazać, że mają jaja i potrafią się bić? Równie dobrze, mogliby ściągnąć spodnie i udowodnić posiadanie swoich narządów. Żenada.
- DREW! – krzyknąłem, chcąc przywołać go do porządku
Co ja robię? Przecież nie usłyszę od niego „Słucham” w odpowiedzi. Zrobiłem 2 kroki do przodu, ściągając na siebie uwagę całej społeczności szkolnej i odepchnąłem najpierw tego kolesia z ulizaną grzywką, a następnie przytrzymałem mojego brata.
- Stary, wyluzuj! Co ty wyprawiasz? – szepnąłem w nerwach, ale chłopak od footballu uderzył mnie w bok. Szybkim ruchem odwróciłem się i sprzedałem mu całkiem niezły cios w dolną część twarzy. Upadł na ziemię.
- Trzymaj się z dala od nas, ZROZUMIANO? – krzyknąłem i ostatni raz kopnąłem go w brzuch.
- Drew, zmywamy się! – pociągnąłem swojego brata w stronę wyjścia.
Ledwo co zdążyliśmy opuścić gmach szkoły, a w głośnikach usłyszałem znajomy głos naszego ukochanego dyrektora.
„Drew i Derek Bieber proszeni do gabinetu Dyrektora, natychmiast”
- Co żeś ty narobił? – podniosłem głos na brata – Dostał lepszą ocenę od ciebie z testu czy co? – Drew milczał – No gadaj, bo teraz oboje mamy przesrane przez twoje hormony!
- On… obraził naszą mamę, porównał ją do dziwki – odparł sucho Drew.
Zrozumiałem. Tyle mi wystarczyło, aby z podniesioną głową wrócić do szkoły i bronić nas obojga przed dyrektorem. Nikt nie będzie poniżał mojej rodziny! Z głową uniesioną do góry ruszyłem w stronę gabinetu dyrektora, a Drew za mną.

Jason’s POV
            Zdenerwowany zmierzałem ku stacji metra. Zawsze poruszałem się komunikacją miejską i nie miałem z tym większego problemu. Nasz jedyny samochód był używany przez Dereka i Drewa, aby dojeżdżać do szkoły. Mama stwierdziła, że ja i tak siedzę w domu, nie pracuję i nic nie robię, więc nie potrzebuje auta. Gdyby tylko wiedziała…
            Przez ten cały czas zastanawiałam się co Jamie chce ode mnie. W głębi serca, domyślałem się o jakie gówno chodzi, lecz nie chciałem sam przyznać się przed sobą. A co jeśli zażąda pieniędzy? Złapałem się za głowę dosłownie i w przenośni. Pieprzyć to!
            Wyszedłem ze stacji metra, a promienia słońca uprzykrzały mi spacer. O mało co nie oślepłem! Skierowałem się w północną stronę Loud St. Kilkanaście metrów i skręcę w kamienną dróżkę, prowadzącą do opustoszałej fabryki.
            Gdy dotarłem na miejsce, wszedłem tylnym wejściem i usiadłem na obtartej kanapie. Tyle godzin zmarnowałem w tym miejscu, paląc trawkę i inne świństwa. Czasem chciałbym z tym skończyć. Wszyscy stracili nadzieje we mnie. Podobnie jak i ja.
- Witaj Bieber – usłyszałem głos Jamiego.
- Siema stary – kiwnąłem do niego uprzejmie, chcąc wyładować gęstą atmosferę.
- Nie jest tak kolorowo, jak ci się wydaje – pokiwał głową i potarł rękoma skronie.
Rozsiadłem się wygodnie, czekając na najgorsze.
- Hilarous się niecierpliwy – rzekł rzeczowo. – słuchaj, nie będę owijał w bawełnę. On chcę kasy jak najszybciej. Ten koleś nie będzie się bawił w jakieś gierki z nastolatkiem, albo oddasz mu pieniądze albo będziesz miał ogromny problem Bieber. Jako, że należysz do mojej grupy starałem się załagodzić sprawę.
- Co masz na myśli? – zmarszczyłem brwi.
- Wpłacisz mu zalicznkę.
- Zaliczkę? – zdziwiłem się.
- No tam… kilkaset dolców. W dodatku umówiłem cię z nim na spotkanie. Nie wiem czy ci się to podoba czy nie – wzruszył ramionami. – sprawę trzeba rozwiązać jak najszybciej! – podniósł się z fotela.
- Ale ja nie mam tych pieniędzy Jamie – odparłem cicho.
- To je zdobądź – krzyknął. – Jason, wiesz, że zawsze wstawię się za tobą, ale to już naprawdę przegięcie! Jutro jesteś umówiony na spotkanie z Hilarousem punk 12 w południe w jego budzie. Nie spóźnij się i nie martw. To jedynie rozmowa – poklepał mnie po plecach. – Ja spadam, dziewczyna na mnie czeka – puścił do mnie oczko z wymalowanym uśmiechem na twarzy.
Z furią kapnąłem drewniany stolik.
- Cholera!
Sto dolców, które pożyczyłem wczoraj od Drewa straciłem na paczkę fajek i dług u jednego kolesia. Nie pamiętałem wtedy o sprawie z Hilarousem. Szczerze powiedziawszy, sam nie wiem ile dokładnie mu wiszę. Many uparł się, że przeze mnie jego towar został skradziony. Kilka miesięcy temu wraz z kumplami miałem warte na jego terenie. Nie dopilnowaliśmy go do końca i z jego fabryki zniknęło kilkaset gramów heroiny. Też mi wielka rzecz dla takiej fuchy, jaką on pełni! Nie daje mi spokoju od miesiąca, a ja najzwyczajniej: jestem bez grosza!
- Niech to psia krew! – zaklinałem kolesia sam do siebie, po czym opuściłem budynek.
Postanowiłem przejść się po slamsach. Może i byłem biały, ale nie bałem się czarnych. Chodzi o człowieka, a nie o jego pochodzenia. Mam wielu czarnoskórych przyjaciół, z którymi spotykam się na co dzień. Czarni wywierali u mnie respekt. Podziwiałem ich i momentami chciałem naśladować, dlatego z taką chęcią przyglądałem się ludziom w tych częściach miasta.
            Gdy znalazłam się na znanej ulicy Bronxu, wyciągnąłem z kieszeni papierosa i odpaliłem go. Mój organizm domagał się nikotyny już od dłuższego czasu. Musiałem zaspokoić swoją potrzebę. Co za ulga! Zapach i smak wszystkich substancji smolistych wypełnił moje płuca. Momentalnie przybyło mi energii. Szedłem uśmiechnięty, szarawym chodnikiem, co chwilę przyglądając się mijanym ludziom. Zatrzymałem się przy wystawie jakiegoś lumpeksu z całkiem w porządku ciuchami. Jednak to nie ubrania zwróciły moją uwagę, ale ogłoszenie zawieszone na szybie.
„ CHCESZ PRZEKONAĆ SIĘ JAK SILNY JESTEŚ? SPRÓBOWAĆ SWOICH TRIKÓW W PRAWDZIWEJ WALCE? ZGŁOŚ SIĘ DO NAS! NOWOJORSKIE WALKI MMA!”
            Uśmiechnąłem się w duchu.
Justin’s POV
            Ociągając się, podniosłem się z łóżka, kierując się w stronę kuchni.
- 13 godzina – powiedziałem sam do siebie.
            Przypomniałem sobie poprzednią noc i tajemniczą dziewczynę o imieniu Clary. Jeżeli nie była chętna, to co robiła w klubie? Zazwyczaj takie laski były dla mnie skończone. Zwykła strata czasu. Jednak z nią było coś innego, coś co skupiało twoją uwagę na minuty. Zaczynałeś wtedy bawić się w jakiegoś filozofa, zastanawiając się „kim jest, skąd pochodzi, co lubi robić?”. Marzysz o tym, aby usłyszeć ponownie ten spokojny, melancholijny głos. Żałujesz tego, że wczoraj choć w małym stopniu podniosłeś głos na nią. Właśnie tego typu osobą była. Nawet Justin Bieber chorujący na znieczulice, myślał o niej minutami.
„Koleś, ogarnij! Co jest z tobą nie tak?” – przywołałem się do porządku i przestałem myśleć o sobie w 3 osobie.
            Za niecałą godzinę Drew i Derek powinni być w domu. GODZINA! Komu mam przez ten czas dokuczać, do kogo mówić? Przygnębiał mnie fakt, że siedzę sam w domu. Nie, chwila. Justin Bieber nie użala się nad sobą. Zastanawiało mnie jedynie, gdzie do cholery jest Jason. Nie mówił, że ma w planach jakiś wyjazd, a o tej godzinie zazwyczaj spał jeszcze w łóżku. Z resztą, kogo to obchodzi. Nigdy nie spędzał dużo czasu w domu, podobnie jak i ja. Nagle usłyszałem niewdzięczny dźwięk dochodzący z mojego brzucha. Sprawdziłem czy ktokolwiek raczył się rano zrobić zakupy. Jednakże w lodówce panowała cisza, spokój i pustka, podobnie jak i w moim żołądku. Postanowiłem zrobić święto z tego zwyczajnego dnia i wybrać się do supermarketu.
„Masło, chleb, ser, mleko, płatki, keczup” – standard. Znalazłem jakieś drobniaki na czarną godzinę w komodzie i opuściłem swój dom. Supermarket znajdował się ponad kilometr od naszej budy, na pieszo jakieś 10 minut drogi, niewiele. Postanowiłem więc iść nadzwyczaj powoli, aby wrócić do domu razem z Drewem i Derekiem. Powiedzieć, że byłem na zakupach i dlatego nie zrobiłem obiadu. Trochę dziecinne, ale ponownie: kogo to obchodzi? – wzruszyłem ramionami.
            Około pół godziny później, wracałem do domu pogwizdując pod nosem. Na podjeździe zauważyłem zniszczony samochód moich braci. Uśmiechnąłem się w duchu. Lecz to, co zobaczyłem w środku, nie było najlepszym pocieszeniem.

- Co ty do cholery robisz tutaj? – wrzasnąłem wręcz.
________________________________________________________
Mamy drugi rozdział! HOPE YOU LIKE IT!!
Postarałam się i dodałam go dzisiaj, jednakże kolejny rozdział pojawi się dopiero za tydzień, ponieważ mam ważny konkurs w przyszłym tygodniu i muszę się pouczyć. Dziękuję wam za wszystkie komentarze. To wiele dla mnie znaczy. Nie spodziewałam się, że aż tyle osób polubi mój pomysł na opowiadanie. 
W poprzednim poście zapomniałam podziękować kochanej Pepe, która wykonała cały szablon i wygląd bloga. A WIĘC OGROMNE PODZIĘKOWANIA DLA @rawrhazz :) Zapraszam do komentowania!
twitter 
Jeżeli chcecie być informowani, odwiedźcie zakładkę "informowani" lol 

4 komentarze: